Moje hity kosmetyczne

blog

minimalizm i uważność / blog 43 Views

Moje kosmetyczne hity to z jednej strony specyfiki pochodzenia naturalnego, a z drugiej – kosmetyki, które znajdziecie w każdej drogerii czy aptece. To moi ulubieńcy, do których zawsze wracałam po nieudanych eksperymentach z zamiennikami. Świetnie sobie radzą z moją skłonną do wyprysków i miejscami przesuszoną skórą twarzy, suchymi ramionami czy zmywaniem wodoodpornego tuszu, a przy okazji nie kosztują fortuny. Jakie są więc moje hity kosmetyczne?

Cetaphil MD Dermoprotektor

Ten krem dostałam w postaci próbki w salonie kosmetycznym, gdzie dwa lata temu zaczynałam swoją przygodę z oczyszczaniem twarzy kwasami. Byłam zachwycona, jak idealnie poradził sobie z podrażnieniami i łuszczącą się skórą po zabiegach. Od tamtej pory kilkakrotnie eksperymentowałam z innymi kremami, ale tylko Cetaphil tak świetnie radzi sobie z moim odwiecznym problemem widocznych suchych skórek w okolicach nosa. Mimo że producent określił go jako balsam – ma formę lekkiego kremu, szybko się wchłania i zostawia przyjemną nawilżającą warstwę. Wystarczy mały kleks wielkości zielonego groszku, by pokryć całą twarz. Jedno opakowanie starcza mi na ponad trzy miesiące. Może i nie jest organiczny, wegański, naturalny czy pozbawiony chemii, ale tylko Cetaphil tak dobrze działa na skórę mojej twarzy.

Emulsja odżywcza z maliną nordycką

Neutrogena

Kupiłam go kiedyś przypadkowo, bo akurat był w promocji, a ja szukałam jakiegoś balsamu. W tamtym czasie byłam raczej zwolenniczką niekremowania ciała i ewentualnego traktowania przesuszonych miejsc olejem kokosowym czy monoi. Pamiętam, że było lato i miałam dość tłustego filmu zostawianego przez olejki, więc sięgnęłam po ten balsam. Balsam-cud. Tylko ta emulsja radzi sobie z moimi suchymi ramionami. Tylko ten balsam – nazwany przez producenta lotionem – sprawia, że nie muszę się już martwić o obficie łuszczącą się skórę w problematycznych miejscach. Poza tym bardzo lubię jego subtelny zapach maliny nordyckiej. Raz – z ciekawości – kupiłam inny balsam z Neutrogeny, ale to już nie było to samo.

Olej tamanu

Ta mała buteleczka to święty Graal wszystkich osób, które pół życia walczą z trądzikiem. Żółty olejek tamanu to eliksir-cud i żałuję, że trafiłam na niego dopiero w dorosłym życiu. Mimo wszystko lepiej późno niż wcale, bo nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądałaby teraz moja twarz, gdybym go nie odkryła. Nie wiem, jak on to robi, ale zwalcza wypryski w ciągu paru godzin – bo na tyle zazwyczaj zostawiam go na problematycznym miejscu. Jak tylko poczuję, że zaczyna mi się coś “budować” smaruję nim obficie krostkę i rano nie ma śladu po pryszczu. Jedynym minusem olejku jest to, że barwi na żółto, dlatego przed pójściem spać warto wmasować jego pozostałości w skórę i po chwili przetrzeć wacikiem, by ochronić pościel przed zabrudzeniem. No i jak dla mnie olej tamanu niezbyt przyjemnie pachnie, chociaż niektórzy uważają, że uwalnia ciekawy orzechowy aromat.

Olejek myjący

Biochemia Urody

Kilka dobrych lat temu, kiedy wieczory spędzałam na kanałach urodowych na YouTubie, w internecie był szał na produkty z Biochemii Urody. Moje pierwsze zamówienie było malutkie, bo testowe. Właśnie wtedy odkryłam wspomniany już olejek tamanu oraz pomarańczowy olejek myjący, którego używam do tej pory. Przez te kilka lat eksperymentowałam i zmieniałam metody oczyszczania twarzy, jednak parę miesięcy temu “przeprosiłam się” z tym olejkiem i chyba już przy nim zostanę. Jest naturalny, ma prosty i krótki skład, pięknie pachnie no i dobrze zmywa makijaż. Nie oczekuję niczego więcej.

Dwufazowy płyn do demakijażu oczu

Ziaja

Już jako nastolatka miałam dość wyglądania jak panda z wiecznie rozmazanym tuszem do rzęs i bardzo szybko przestawiłam się na używanie wersji wodoodpornej. Wymagało to jednak zakupu dwufazowego płynu, który dobrze radziłby sobie z demakijażem oczu. Pamiętam, że na początku wybrałam strasznie drogi – jak na moją wtedy licealną kieszeń – płyn L’Oreala, który rzeczywiście był dobry i wyjątkowo wydajny. Kiedy na dnie buteleczki zostało kilka kropli z bólem serca poczłapałam do drogerii. Na półce dostrzegłam niebieski dwufazowy płyn Ziai i to jakieś cztery razy tańszy. Używam go do tej pory i często kupuję od razu dwie buteleczki. Nie jest idealny – czasem po pierwszym zmywaniu tuszu znowu wyglądam jak panda – ale za tę cenę jestem w stanie przymknąć oko na niedoskonałość. Nie pozostawia tłustej warstwy jak inne zmywacze do oczu, ma poręczne opakowanie i nadal jest tani (kiedyś kosztował mniej niż 5 zł, teraz ok. 8).

***

A jakie są Wasze hity kosmetyczne? Do jakich produktów wracacie z podkulonym ogonem? A może moje typy zupełnie się u Was nie sprawdziły? Proszę, podzielcie się tym wszystkim w komentarzu.

Post Moje hity kosmetyczne został opublikowany na blogu Droga do minimalizmu.

Comments